Opublikowano Dodaj komentarz

W zasadzie…

…niby dlaczego nie należałoby brać pod uwagę produktów stojących na dolnych półkach supermarketów we Włoszech, czy we Francji, niezależnie od tego, kto je potem w Polsce odsprzedaje? Przecież wiadomo, że biedni ludzie są tutaj i tam, a że w blogu tym piszę raczej o napojach winnych, do których właśnie biedni mają dostęp, jako że na produkty wyrafinowane ich nie stać, to trudno mieć do mnie pretensje, iż takimi winami właśnie się zajmuję. Unikam, zresztą, zlewek, którymi pogardziliby zagraniczni, aczkolwiek niezasobni klienci i staram się w tym, co dostępne, znaleźć odrobinę przyzwoitości. Każdy ma taką niszę, na jaką zasłużył.

Jeśli chodzi o Włochy, to zauważyłem, iż włoscy dostawcy na własny rynek nie odważyliby się sprzedawać tego, co oferują klientom z innych krajów (nie ma żadnego znaczenia, czy w Polsce, czy w Austrii). Może to jest moje nastawienie psychiczne, ale butelka wina kupiona w Villach nie jest dokładnie taka sama, jak podobne wino kupione w Pordenone. Oni wiedzą, że na włoskim rynku ze zlewkami przesadzać nie wolno, bo nikt od ich potem nic nie kupi, nawet najmniej zasobny.

Może, więc, lepiej, że kupiony bezpośrednio we włoskim markecie napój ktoś sprzedaje w Polsce? I nie wciska potem kitu naszym klientom, iż Fragolino winem jest, a nie napojem alkoholizowanym? Może lepiej być w Powiatowej traktowanym jak niezasobny Włoch, a u nas rozlewających wysłać … tylko dokąd? Takimi rozważaniami zajęty biegnę w słoneczny poranek w eukaliptusy. I to by było na tyle.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *