Opublikowano 1 komentarz

Winne wino i wolność wyboru, czyli o meczu dyskontów

Zaiste. Wspaniałą wolność uzyskałem, w której jedynie swobodnym jest ten wybór, na który mnie stać. Zdaję sobie, przy tym, sprawę, że rzeczywiście wolnym jest tylko ów, który może wybrać we wszystkich istniejących opcjach, czyli Bóg, a my, małe żuczki musimy zadowolić się tym, co mamy, tylko po co robiono mi przez ostatnie pół wieku wodę z mózgu mamiąc wolnością? O winie, tylko o winie piszę i jeśli mam się cieszyć, w kontekście płacy minimalnej i strefy ubóstwa, z tego, że wybór mój zredukowano do jednego jedynego poziomu uwarunkowanego dochodami, a ktoś mi powiada: „wolnym jesteś pod warunkiem, że wybierzesz to, na co stać cię, a stać cię jedynie u nas”, to zwyczajnie trafia mnie szlag. Tymczasem powinienem mieć wybór pomiędzy – dajmy na to – Vallado i Pomerolem i już słyszę, że z komunistami to żeśmy skończyli, nie chodzi jednak o to, aby wszystkim dać wszystko, nie rybę trzeba bowiem oferować, lecz wędkę…

Tymczasem logika korporacji zamknęła mi prawie wszystkie furtki, ustaliła dobrobyt na poziomie 20% naszego społeczeństwa, a resztę skazała na pracę najemną za najniższe grosze po to tylko, abyśmy swobodnymi przedsiębiorcami będąc nie stali się zbyt konkurencyjni na najlepszym z rynków. Nie jestem wcale wrogiem korporacji, uważam jednak, że i tam powinna funkcjonować wyobraźnia i planowanie strategiczne, świadome, że biednym trzeba dać tyle, ile trzeba po to, by mogli kupować i jest to najprostsze wyjście, bez ryzyka rewolucji. Cóż, istnieją jednak również i zwykła głupota i ludzka pazerność, a te blokują swobodę gospodarczą i wcale nie mają zamiaru odpuścić, wentyle zaś na społeczne niezadowolenie otwierają w takich miejscach, w których nikt by się tego nie spodziewał. Na przykład społeczne niezadowolenie upuszczają kierując je przeciwko wyimaginowanym przeciwnikom i każąc reformować media, co pozwala przypuszczać, że nie o rzeczywistą zmianę im chodzi, lecz o wygaszenie społecznej energii (do Pana, Panie Pawle, piję, do Pana).

Rozwój i bunt mas stworzyły ogromne rynki konsumentów, które zmierzają ku globalizacji. Archaiczne wojny o surowce powoli zastępowane są przez wojny o rynki nabywców, co – być może – jest optymistyczną wskazówką przetrwania. Stając się częścią większego rynku, po wejściu do Unii, podlegamy tym samym przywilejom i tym samym zagrożeniom, a francuskie, niemieckie, czy portugalskie korporacje widzą w nas konsumentów, jednocześnie niszcząc naszą konkurencyjność, jako wytwórców (zapominając przy tym, że odcinając nas w ten sposób od źródeł dochodów, zabijają w nas – właśnie –  potencjalnych konsumentów). Z takimi sprzecznościami i z tymi, którzy – może w dobrej wierze – do tego się przyczyniają, trzeba walczyć, nie zaś bawić się w utarczki z 4 władzą. Wracając, zaś, do wina: nie ma żadnego znaczenia, czy ten dyskont, czy inny jest lepszy, bo wina w nich sprzedawane jednako są nic nie warte i stąd tytuł, który kiedyś przyznałem sobie w tym blogu: blogera od winiawki.

1 komentarz do: “Winne wino i wolność wyboru, czyli o meczu dyskontów

  1. Znakomity tekst. Pozdrawiamy luksusportal.pl

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *