Opublikowano 1 komentarz

Wolny rynek winny

Wolność dotyczy sprzedawców i klientów. W każdej sferze. Legalnie zarejestrowany sprzedawca ma prawo nabywać swój towar wszędzie, o ile popiera to legalnym obrotem dokumentów zakupu-sprzedaży. Może kupować bezpośrednio u producenta, może kupować w hurtowni, a jeśli ceny zakupu są interesujące, to również w innym sklepie, czy sieci sklepów. Nie ma w tym żadnej dziwności, byleby potem cena sprzedaży mogła zadowolić klienta.

Przy wyrobach spożywczych, także alkoholowych, klienta przyciąga cena. Oprócz ceny zaś to, czy określony wyrób mieści się w przyzwyczajeniach. Nie wydam pieniędzy na nic, czego nie poznałem. Jeśli jestem klientem biednym,  nie wydam pieniędzy na nic, czego nie poznałem. Jeśli zaś czegoś nie znam, chciałbym chociaż, by ktoś mi to coś zaprezentował, nawet nie rekomendował, bo jeśli nie ma żadnej prezentacji u tak zwanych autorytetów, to wyrób dla mnie nie istnieje. Tak to działa z winami, na samym dole drabiny. Inne reguły obowiązują u tak zwanych koneserów, oni, bowiem, posiadają zaplecze z wiedzy nabytej w doświadczeniu. Oni mogą pozwolić sobie na ośmiorniczkę, świadomi tego, że nie otrują się natychmiast, (chociaż nie będą jej poszukiwać w barze szybkiej obsługi idąc, raczej, do drogiej restauracji), czy też na Château d’Yquem, rocznik 1787, cena: 65.000 euro i ich nie dotyczą dyskusje na temat zlewek z produkcji soku. I tutaj sądzę, że trzeba znać miarę i nie mylić rynków.

Co na dole drabiny jest, tam będzie i do tamtejszych reguł trzeba się naginać, robiąc wszystko, by smak w narodzie wyszlachetniał. Póki co króluje w nim Kadarka za 7,00 PLN, a ta w mojej nieco wadliwej skali osiąga w porywach  30 punktów.

Od rozpoczęcia działalności winnego blogera karmiłem się (całkiem długo) iluzją, iż przecież tak wielu jest drobnych producentów w winnym świecie, którzy nic innego nie robią marząc o tym, aby docierać do naszych powiatowych klientów. Otóż nie, wchodząc coraz głębiej w sekrety rynku zdaję sobie teraz sprawę z faktu, że wolny rynek został tak zorganizowany, aby marzenia drobnych producentów utrącić i pomóc wielkim, zgodnie z zasadą: będziesz bogaty, jeśli bogaty jesteś, biednym zaś pozostaniesz, jeśli nic nie masz.

Drobni producenci nie są zainteresowani sprzedażą w polskiej powiatowej (jeśli są, to są ich promile), gdyż tak ustawiono biurokrację, aby przestało się to opłacać. Na nasz rynek sprzedawać mogą tylko tłuste koty, tak postanowiły przepisy i basta. Dlatego małym pozostały sztuczki w rodzaju zakup w kolejnej hurtowni, albo nawet w supermarkecie i cała reszta kombinacji po to, aby uczciwie zmieścić się na rynku. Mali mogą operować tylko u dołu drabiny, a jeśli się na to nie godzą, zostaną strawieni przez system.

Tutaj wkracza Jego Wysokość Narodowy Charakter, pełen sprzeczności i pokręcony jak resztki komunizmu w wolnorynkowej koszulce. Przyjaciel mój włoski konsultant, który lata całe strawił starając się w Powiatowej doradzać naszym biznesmenom, do dziś nie może zrozumieć, dlaczego najbogatszy budowlaniec w regionie mieszka w bloku, na Zachodzie – bowiem – bogactwo wymaga znamion bogactwa, u nas zaś jest raczej synonimem starego Mercedesa. Opowiadanie o niezmiernych kosztach, podatkach, marżach, akcyzach tylko w części jest prawdziwe. W Polsce trzeba narzucić 250% marży, ponieważ jutro przyjdą i zabiorą i już nie będzie można być bogatym. Stąd dziwnym wydaje się zwyczajny włosko-polski handlowiec, który wrzuca na towar ustalone gdzieś we włoskiej tradycji 20% marży, mając nadzieję, że za 30 lat będzie mógł sobie wybudować dom i wykopać studnię. My, raczej, zaczynamy od budowania domu, a potem biegniemy do banku po kredyt.

Poza tym, więcej do tego wszystkiego trzeba mieć dystansu. Smak każdego jest tak zmienny, jak opinie o nim i uczucia małolatów, co mając na uwadze, oddalam się w przekonaniu, iż należy robić wszystko, by mentalność naszą zmieniać, bo może wtedy i winne marże zmniejszą się i Powiatowa będzie mogła pić Château Mouton-Rothschilda za normalne pieniądze (jak znam życie, nigdy to nie nastąpi). I to by było na tyle.

1 komentarz do: “Wolny rynek winny

  1. Drogi Koala, polski rynek winiarski dopiero się rozwija; ludzie nie piją dużo wina, chociaż wzrasta ilość pitego wina na statystyczną głowę. Nadal nie jest to jednak dużo, zdecydowanie mniej niż w innych krajach. O taki rynek nie warto się bić dużym europejskim sprzedawcom wina. Gdyby rynek był większy, to na nim pojawiliby się duzi sprzedawcy, rozpoczęłaby się wojna cenowa, której skutkiem byłby spadek cen. Trzeba powiedzieć wprost, że obecnie w Polsce europejskie ceny wina są w dyskontach, bo tam są narzuty kilkanaście procent. Reszta sprzedawców, albo znaczna ich większość stosuje narzuty około 100%. To się zmieni, ale trzeba mieć cierpliwość. Wtedy Powiatowa Polska będzie mogła kupować cymesy może o 50% taniej. Na razie zostają dyskonty. Jeden z nich już zaczął sprzedawać wina premium w europejskich cenach. Proces normalizacji cen jest w toku, chociaż dopiero na początku procesu.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *