Opublikowano Dodaj komentarz

Znów wino od spodu pite

Pisanie, to krążenie wokół własnych obsesji, przybliżanie, cofanie się, niekiedy skoki szaleńca nad otwartą trumną. Pisanie o winie (nie tylko tym czerwonym, w podtekstach znaleźć Koala_wpisymożna także kategorię winy) i to dla dwóch zupełnie różnych grup czytelników, to codzienne wieszanie się i szybkie odcinanie stryczka, wymaga nerwów jak postronki i wyjaśnić je można jedynie zboczonym przyzwyczajeniem.

Pierwsza grupa czytelników (lubię używać słowo „czytacze”) to typaski i typki zawodowo zajmujące się winem, dziewczyny i chłopaki serdeczne i dobre z gruntu, jednakże o piekielnie wysokich wymaganiach (bardzo trudno takim wymaganiom sprostać przychodząc z daleka, szczególnie porównując  się do znakomitych tekstów mistrzów Jagodzińskiego, Bońkowskiego, czy Janickiego, pisujących pod flagą Winicjatywy). Pokręcona logika sieci, agregatorów, rss i innych wynalazków skazuje takiego blogera, jak ja, na nieustanne mierzenie się właśnie z takimi gigantami kiperstwa i dziennikarstwa, oni bowiem są codziennymi gośćmi tego bloga (opowiada mi o tym nieubłagana statystyka) i dzięki nim (a może przez nich) robię wszystko, by nie pisać głupot o rzeczach, które oni poznali od podszewki. Zresztą dostałem parę razy po łapkach, co przydaje się niekiedy, jeżeli poważnie traktować swoje zajęcie.

Druga grupa to czytacze, w których pokładam największe nadzieje i którzy stanowią dzisiaj około 10% wszystkich odwiedzających te strony. W istocie wobec nich realizuję jakąś tam wydumaną misję, sam bowiem byłem taki jak oni i ich droga przypomina po trochu moją. Wchodzą oni na moje strony po wpisaniu haseł  w wyszukiwarce – dajmy na to: „fragolino” (w statystyce tego bloga jest to hasło najpopularniejsze). Są owocem pozycjonowania recenzji i odnaleźć ich można w sieci stosując jedynie ściśle opisane pozycjonerskie metody. Są to czytacze, którzy stają przed butelką wina na półce supermarketu, widzą napis – na przykład – „cabernet” i wpisują w swoich smartfonach takie hasło z ciekawości, co to właściwie oznacza. Nie są kiperami, sommelierami, nie są żadnymi intelektualistami, spotykam ich codziennie zabieganych w Birmingham, Prostkach, czy Białymstoku, a wino jest dla nich jednym z elementów lepszego i ciekawszego życia.  Potrzebują wzorców, a przy tym trzymają się uporczywie tradycji i języka (co niekiedy jest figurą wręcz ekwilibrystyczną) , trudno jest im jednak uczestniczyć w degustacjach, targach, czy rautach. W zasadzie do nich kieruję wszystko, o czym piszę, starając się pewne wzorce (być może nieumiejętnie) utrwalać.  Wymyślam „smakemy”, aby urozmaicić opis (chociaż wiem, że takie smakemy w istocie istnieją w – dajmy na to – książce „Wielki Atlas Świata Win”, autorstwa Hugh Johnsona i Jancis Robinson) i pomóc im stworzyć smakowe wzorce, w języku w miarę zrozumiałym  (staram się przy tym pisać jak najprościej). Oni są tego bloga wiarą, nadzieją i miłością, bo jeszcze mnie w życiu cośkolwiek obchodzi.

Ideałem byłoby, gdyby obie grupy stanowiły jedność, wiemy jednak, że nigdy do tego nie dojdzie…

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *